Taaa....
A'propos pecha i linek: wczoraj, a właściwie dzisiaj ( bo juz godzina duchów wybiła) jadac z N.sacza do Krakowa urwała mi sie linka do gazu, jak to zwykle bywa w najmniej odpowiednim momencie (podczas wyprzedzania TIR-a, trach i grzeczniutko zjezdzam na pobocze

, Na szczescie urwała sie tam gdzie powinna: zaraz kolo ołowiu przy pedale, mimo to w warunkach polowych ( ciemno, zimno, do domu daleko) jedyne na co sie zdobylem to supełek i pedal w podłodze. Na trasie bardzo wygodne rozwiazanie ( wrzucamy 5 i mamy automat), jednak kolo brzeska zfajczone klocki tudziez przysmazone tarcze przednie zadecydowaly o poprawieniu tymczasowej naprawy - śródnocny zjazd do wujka do garażu i równie tymczasowy remont za pomocą nieocenionej złaczki do przewodów elektrycznych (tu wykorzystanej jako zacisk)
Do Krakowa dotarłem na 02:30, co biorąc pod uwage start o 22 daje całkiem niezla srednia 30 km na godzine.
Swoja droga czesc trasy przejechalem za niebieskimi zjezdzajacymi do norki po haltowaniu z okazji dlugiego weekendu i ciekawe co mysleli o poldku siedzacym im na ogonie w odleglosci 2 metrow
Jednym słowem: pechowcy i McGywerzy wszystkich krajów łączcie się!